Jak wygląda cztery miliony turystów rocznie widziane od środka Banff
Kolejka o czwartej nad ranem
Stałem w kolejce do wahadłowca na jezioro Moraine przed wschodem słońca, trzymając bilet zarezerwowany tygodnie wcześniej, bo to jedyny sposób, by dziś tam dojechać, i liczyłem w głowie, ile innych osób wokół mnie wykonało tę samą arytmetykę o tej samej porze. Ze stu, z łatwością, ciągnących się wzdłuż parkingu w ciemności w Canmore, wszyscy tam po to samo zdjęcie. Czytałem o tej kolejce, zanim do niej dołączyłem, co jakoś sprawiło, że dołączenie do niej wydawało się mniej odkryciem, a bardziej zaplanowanym spotkaniem, na które sam się umówiłem. Bo tak było. To właśnie do tego wracam.
Park Narodowy Banff przyjmuje ponad 4 miliony wizyt rocznie. Nie mam liczby porównawczej, która sprawiłaby, że ta cyfra sama w sobie coś by znaczyła — to po prostu jedyny fakt, któremu ufam, więc to jego użyję. Mogę natomiast powiedzieć, jak to wyglądało od środka kolejki do wahadłowca o godzinie, gdy góry były wciąż czarnymi kształtami na tle nieco mniej czarnego nieba: porządnie, cierpliwie, trochę absurdalnie i całkowicie pełne ludzi, którzy, tak jak ja, chcieli tego na tyle mocno, by nastawić budzik na trzecią.
Miasteczko, które nie pozwala sobie rosnąć
To, co czyni tłok w Banff dziwnym, a nie tylko dużym, to samo miasteczko pod spodem. Banff leży w granicach parku, a federalne przepisy ograniczają tam rozwój komercyjny i wymagają od każdego, kto chce zamieszkać w mieście, wykazania potrzeby rezydowania związanej z pracą. Nie można po prostu zdecydować się na przeprowadzkę do Banff tak, jak przeprowadza się ktoś do innego górskiego miasteczka. Istnieje celowo wyznaczony pułap tego, jak duże może stać się to miasto, utrzymywany właśnie po to, by otaczający je park nie zamienił się w zwykłe przedmieście z malowniczym tłem.
A do tego ograniczonego, starannie zamkniętego miasteczka przybywa co roku ponad 4 miliony wizyt. Nikt nie potrzebuje powodu, by rezydować, żeby odwiedzić je na popołudnie. Ja też nie potrzebowałem. Ta asymetria towarzyszyła mi przez cały tydzień, który tam spędziłem — miejsce, które traktuje stały pobyt jako coś, na co trzeba zasłużyć, a obecność czasową jako coś, na co każdy może się po prostu zdecydować, wielokrotnie, w liczbach, których pułap rezydencyjny nigdy nie miał dotyczyć.
Nie twierdzę, że ten pułap jest zły; jeśli już, wydaje się jedynym powodem, dla którego miasteczko nie rozrosło się tak, jak wiele innych miejscowości bramowych. Zauważam tylko, że rozwiązuje problem, którego wolumen turystów nie dzieli i którego nigdy nie miał rozwiązywać.
Ziemia starsza niż pocztówka
Sam park sięga roku 1885, kiedy gorące źródła odkryte przez pracowników Canadian Pacific Railway zostały wydzielone jako rezerwat federalny, oraz roku 1887, kiedy stał się pierwszym parkiem narodowym Kanady. Ta historia założycielska jest opowiadana często, zwykle jako mit założycielski całej idei parków narodowych w tym kraju. To, co opowiada się rzadziej, przynajmniej na tablicach informacyjnych, które czytałem, to fakt, że rezerwat wydzielono z terytorium Traktatu 7 — ziemi związanej ze Stoney Nakoda (Îyârhe Nakoda) i Konfederacją Czarnych Stóp, Siksika, Kainai i Piikani, a także z Tsuut’ina, przy czym Ktunaxa utrzymują związki dalej na zachodzie, w Kolumbii Brytyjskiej.
Nie chcę używać tego faktu jako ozdobnika kończącego akapit, zdania, które brzmi z szacunkiem, a nic nie zmienia w tym, jak napisana jest reszta tekstu. To nie przypis do tłoku; to ten sam temat widziany z dłuższej perspektywy. Ta ziemia nie stała się tłoczna w ostatniej dekadzie — stała się parkiem, o nazwie zapożyczonej od szkockiego hrabstwa, nałożonym na relacje z tą ziemią, których status parku nie znosi, a centrum dla odwiedzających nie wyjaśnia zbyt szczegółowo. Więcej na ten temat przeczytałem w przewodniku o historii i doświadczeniach ludów rdzennych już po powrocie do domu, co wydawało się złą kolejnością, i pewnie taką było.
Co właściwie z tym wszystkim zrobiłem
Oto uczciwy bilans. Przejechałem Bow Valley Parkway o porze pomyślanej tak, by ominąć część ruchu. Zarezerwowałem
wschodni wahadłowiec na jezioro Moraine
z miesięcznym wyprzedzeniem, bo po prostu tak dziś działa ta droga, a nie dlatego, że znalazłem jakiś sprytny sposób, by to obejść.
Stałem przy jeziorze Louise w środku dnia z kilkuset innymi osobami robiącymi to samo co ja, czyli stojącymi tam. Później w tym samym tygodniu wybrałem się na
wycieczkę z przewodnikiem do jeziora Louise, jeziora Emerald i jeziora Peyto
, i podobała mi się, a jednocześnie byłem, niewątpliwie, kolejnym pojazdem na drodze, która co lato przyjmuje ich coraz więcej.
Nic z tego nie jest wyznaniem przebranym za refleksję. Odbyłem zwyczajną wersję zwiedzania Banff, taką, o której warto myśleć trzeźwo, a nie defensywnie, i pewnie zrobiłbym większość tego jeszcze raz. Czytałem teksty o nadmiernej turystyce, które kończą się tym, że autor znalazł jakąś cichszą alternatywną trasę, jakąś sekretną godzinę, jakby to rozwiązywało leżącą u podstaw arytmetykę, zamiast po prostu przenosić czyjś udział w niej gdzie indziej. Nie mam takiego zakończenia. Przy okazji tej samej podróży wybrałem się też na
popularną wycieczkę na jezioro Moraine z Canmore
, i poleciłbym ją znajomemu.
Liczba, która się nie rozwiązuje
Więcej niż raz w tym tygodniu podjechałem do bramki opłat parkowych, zapłaciłem, ile wymagano, i pojechałem dalej, cztery miliony-i-coś zamiast czterech milionów. To jest ta część, którą teksty o nadmiernej turystyce zwykle pomijają w drodze do schludniejszego zakończenia: autor jest zwykle też jednym z tych czterech milionów, albo na tyle blisko tego, że to rozróżnienie nie wytrzymuje żadnej analizy. Nie proponuję sposobu na ominięcie tłoku w Banff, bo nie sądzę, żeby taki istniał poza opowieścią, którą ludzie sobie mówią, że są lepszym rodzajem turysty niż osoba stojąca obok nich w kolejce. Ja stałem w tej samej kolejce. Wolałbym powiedzieć to wprost, niż ubierać to w nauczkę.
To, do czego wciąż wracam, to nie rozwiązanie. To kształt samej sprzeczności — park stworzony po to, by go chronić, miasteczko ograniczone tak, by nie mogło rosnąć powyżej pewnej wielkości, i system dróg pękający pod ciężarem liczby, która wciąż rośnie niezależnie od obu tych ograniczeń, a pod tym wszystkim znacznie starsza relacja z tą ziemią, która z tym tłokiem nie ma nic wspólnego i ma z nim wspólne wszystko, zależnie od tego, jak chce się na to spojrzeć. Nie wiem, jak lepiej zakończyć tę myśl, niż udało mi się tutaj. Wciąż ją obracam w głowie w drodze powrotnej, mijając spokojniejszą wodę, przy której tego konkretnego poranka nie stał prawie nikt.
Nadmierna turystyka w Banff: pytania, które wciąż do mnie wracają
Ile osób odwiedza Park Narodowy Banff w ciągu roku?
Co roku odnotowuje się ponad 4 miliony wizyt w Parku Narodowym Banff. Ta liczba obejmuje cały park, nie tylko miasteczko, ale to właśnie miasteczko wchłania nieproporcjonalnie dużą jej część, bo niemal każdy przejeżdża przez nie w drodze gdzie indziej.
Dlaczego Banff ogranicza, kto może w nim mieszkać, skoro przyjmuje tylu turystów?
Banff leży w granicach parku narodowego, a federalne przepisy ograniczają tam rozwój komercyjny i osadnictwo właśnie po to, by chronić park przed przekształceniem się w zwykłe miasto. Zamieszkanie w granicach parku wymaga wykazania potrzeby rezydowania, zwykle związanej z pracą w parku, mimo że te same granice przyjmują miliony turystów, od których nikt takiego uzasadnienia nie wymaga.
Czyja to ziemia, na której leży Park Narodowy Banff?
Park leży na terytorium Traktatu 7, ojczyźnie Stoney Nakoda (Îyârhe Nakoda) oraz Konfederacji Czarnych Stóp — Siksika, Kainai i Piikani — a także Tsuut’ina, natomiast Ktunaxa utrzymują związki z ziemiami dalej na zachód. Powstanie parku w 1885 roku nie zniosło tych relacji z ziemią, bez względu na to, co sugeruje dzisiejsza infrastruktura turystyczna.
Czy odwiedzanie Banff przy jednoczesnym pisaniu o nadmiernej turystyce jest hipokryzją?
Myślę, że tak, i nie mam na to w pełni przekonującego usprawiedliwienia. Przyjazd, parkowanie, stanie w kolejce do wahadłowca, a potem pisanie o tej kolejce nie unieważnia faktu, że w niej stałem.
Czy unikanie sezonu okołoszczytowego albo godzin poza szczytem naprawdę zmniejsza nadmierną turystykę?
Zmniejsza ślad jednego turysty w skali marginalnej, ale nie zmienia sumy całkowitej, i mam wątpliwości co do traktowania osobistych wyborów dotyczących terminów jako rozwiązania problemu strukturalnego. To przeformułowanie jest częścią tego, co sprawia, że o nadmiernej turystyce łatwo się myśli, nie robiąc przy tym wiele.
Czy turyści powinni czuć się winni, przyjeżdżając do Banff?
Nie sądzę, żeby poczucie winy było tu szczególnie użytecznym uczuciem, głównie dlatego, że zwykle kończy się na samym uczuciu. Wolałbym pozostać przy tej sprzeczności, niż rozwiązywać ją albo w poczucie winy, albo w jego przeciwieństwo, czyste sumienie.
tours.Ethics
Sprawdzone wycieczki GetYourGuide z bezpośrednimi linkami. Rezerwuj przez te linki, a my otrzymamy niewielką prowizję bez kosztów dla Ciebie.
GetYourGuide nie udostępnia zdjęcia produktu dla tej atrakcji — zdjęcie przedstawia miejsce spotkania, sfotografowane przez nas.


